Kerr zaczerwienił się i wbił wzrok w talerz z owsianką. Maris obrzuciła Senę wyrozumiałym spojrzeniem, usiłując nie śmiać się kosztem Kerra. Wprawdzie Sena od dawna nie mogła wzbijać się w powietrze, lecz nigdy nie wyzbyła się charakterystycznego dla lotników, niemal zabobonnego lęku przed morskimi rejsami. Ile czasu to zajmie? zapytała Maris. Och, mówił, że przy sprzyjających wiatrach trzy dni, razem z postojem w Stormtown. Jakie to ma znaczenie? Albo się tam dostaniemy, albo zatoniemy. Nauczycielka spojrzała na Maris. Lecisz na Skulny wieczorem? Tak. Dobrze. Sena nachyliła się nad stołem i złapała Maris za ramię. Przynajmniej nie wszyscy utoną. Mamy dwie pary skrzydeł, których będziemy potrzebowali podczas turnieju. Byłoby szaleństwem zabierać je na łódź... Na statek przerwał jej Kerr. Sena spojrzała na niego. Czy na łódź, czy na statek, byłoby to szaleństwem. Moglibyśmy je wykorzystać. Zabierzesz ze sobą dwóch studentów? Taki długi lot będzie dla nich dobrą zaprawą. Maris zerknęła na ludzi przy stole i nagle uświadomiła sobie, że wszyscy ucichli. Nikt nie podnosił łyżki ani nie poruszał szczękami, w oczekiwaniu na odpowiedź.

(Reklama: )
