Wyruszę pierwszy. Ty dasz znak do startu. Zgoda? Tak. Patrzyła, jak Val rozpędza się kilkoma szybkimi krokami i skacze z krawędzi skały. Jego ciało unosiło się targane przeciwstawnymi wiatrami niczym łódeczka na wzburzonym morzu, aż w końcu opanował sytuację, przechylił się na prawo i zaczął wznosić. Maris głęboko odetchnęła, starając się oczyścić umysł. Lekko pobiegła do przodu i odepchnęła się od skalnego występu. Przez krótką chwilę spadała, a potem zagarnęła wiatr skrzydłami i została wypchnięta ku górze. Nie śpiesząc się, osiągnęła wysokość, na której znajdował się Val. Unosiła się nieregularnym, spiralnym ruchem; potrzebowała tych kilku chwil, żeby odzyskać wyczucie i skłonić swoje zmęczone ciało do odpowiedniego korzystania z podmuchów. Potem zaczęli ostrożnie krążyć wokół siebie, pragnąc utrzymać pozycje na przekór niestrudzonym wiatrom. Spojrzeli sobie w oczy, lecz Maris odwróciła wzrok i popatrzyła przed siebie, w kierunku skały. Gotowi, start! krzyknęła i oboje ruszyli. Wiatry były silne, lecz zmienne. Przeważał wiatr z północy, któremu wchodziły w paradę podmuchy to z jednej, to z drugiej strony. Całą wschodnią stronę nieba pokrywały ciemniejące chmury, które zapowiadały burzę.

(Reklama: )
